Otwórz knajpę

Jestem głodny. Mam ochotę na coś dobrego. Pytam znajomych, sprawdzam co piszą o różnych knajpach w internecie. W końcu podejmuję decyzję, wychodzę zjeść.

W drzwiach restauracji wita mnie dość dziwnie ubrany kelner. Wygląda trochę jakby właśnie zszedł z wybiegu. Jest wystylizowany. Niedbały, ale drogi i markowy t-shirt, lekko podarte (przewrócił się pewnie biedaczek) spodnie w których ktoś zapomniał zszyć nogawek i przypomniało mu się jak kończył szwy przy kostkach, buty a la książę Persji. Spod koszulki na szyi wystaje końcówka tatuażu (nie chcę dociekać, gdzie się zaczyna), na ręku zegarek wielkości starego budzika, na głowie wełniana czapka mimo, że na dworze jest jakieś 35 stopni.

Ale nie narzekam, jest uprzejmy i miły, nie nadskakujący, od razu robi wrażenie gościa na poziomie. Ma ciepły, głęboki radiowy głos. Pewnie wywalili go z jakiejś rozgłośni. Po raz drugi mu współczuję.

Zaprasza mnie do stolika, podaje kartę. Tam pięknie, z gustem i klasą wydrukowane menu. Dużo zdjęć, mało tekstu. Przy każdym zdjęciu link, żeby obejrzeć o tym filmik. Robi wrażenie, nie powiem.

knajpa

Kartę przejrzałem. Nawet kilka filmików w telefonie odpaliłem, fajne były. Nie powiem, że przeczytałem, bo tekstu tam wiele nie było. Wołam kelnera.

– Chciałem zapytać o warunki finansowe.
Na twarzy kelnera lekkie zdziwienie.
– Zawołam szefa kuchni.
– Dzień dobry! – mówię – chciałem porozmawiać o warunkach finansowych. Mam taką propozycję: mam zamiar się u Was stołować, ale nie dam Wam zarobić tylko zwrócę koszty przygotowania jedzenia. Proszę mi je wyliczyć.
– Ale proszę Pana, jak to nie da nam Pan zarobić?
– Normalnie, – odpowiadam – będę Wam zwracał koszty, jak się najem to zapłacę Wam marżę.
– Skąd będziemy wiedzieli, że się Pan najadł?
– Opłacę lekarza, który to sprawdzi przed i po posiłku, oceni różnicę.
– A jak przyjdzie Pan już trochę najedzony?
– Przy wejściu napiszę Wam jak bardzo jestem najedzony i jak bardzo chcę się najeść. Jeśli najem się bardziej i będzie mi smakowało to może nawet dam napiwek.

Szef kuchni patrzy na mnie z coraz to większym zdziwieniem, osłupieniem. Bada mnie wzrokiem jakby chciał zdiagnozować psychiatrycznie. W końcu ma już tak mętny wzrok, że woła właściciela restauracji.

– Mogę jakoś pomóc? – pyta właściciel. Wyłuszczam mu moje warunki i dodaję, że jak ich nie spełni to wracam do restauracji, która mnie żywiła od 17 lat. Po chwili milczenia (widać po twarzy właściciela, że w głowie latają mu cyferki) wyraża zgodę. Podkładam mu umowę do podpisu, chwilkę jeszcze negocjujemy okres próbny (staje w końcu na pół roku) i wychodzę. W tej restauracji zacznę się żywić za miesiąc.

Marketingowy świat obiegła informacja, że po wielu latach owocnej współpracy z Leo Burnett McDonald’s zmienia agencję na DDB. Nie byłoby w tym nic dziwnego – klienci przecież zmieniają agencje, gdyby nie fakt, że DDB będzie miało wyłącznie zwracane koszty pracy dla tego klienta, nic nie zarobi dopóki nie dowiezie założonych efektów biznesowych. Zupełnie jak w mojej restauracyjnej opowieści.
DDB utworzy nową – 100-osobową bodajże – strukturę, która będzie pracować wyłącznie dla McDonald’s. W ramach negocjacji kontraktu oglądano również miejsce gdzie te 100 osób zasiądzie.

Co jest w kontrakcie McDonald’s – DDB dziwnego? W dobie performance nic. No prawie nic. W reklamie coś takiego i w takiej skali się jeszcze nie wydarzyło i tworzy precedens, śladem którego pewnie pójdą następni i kolejni, i kolejni. Podobno to nie McDonald’s zaproponowało taki sposób wynagradzania (a przynajmniej McDonald’s to dementuje), a zrobiło to DDB, co wydaje się jeszcze dziwniejsze.

Takie rzeczy w knajpach nie dość, że nie są na porządku dziennym, to w ogóle nie są możliwe.

I już wiadomo, czemu ludzie odchodzący z biznesu reklamowego otwierają restauracje.

Comments

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *